To jeden z tych etapów robienia mydła, który potrafi nieźle zaskoczyć za pierwszym razem. Tym bardziej że jedno mydło przejdzie przez niego niemal niezauważenie, drugie nie przejdzie wcale, a trzecie potrafi rozgrzać się tak mocno, że zamiast zachwycać się żelowaniem, zaczynasz ratować sytuację.
Zobaczmy więc, czym właściwie jest faza żelowa, co na nią wpływa i czy w ogóle powinniśmy do niej dążyć
Kiedy robimy mydło, mieszamy tłuszcze z ługiem. Rozpoczyna się wtedy reakcja zmydlania, której towarzyszy wydzielanie się ciepła.
Po wlaniu gotowej masy mydlanej do formy reakcja ta nadal trwa. Jeśli jej temperatura wzrośnie dostatecznie wysoko, struktura masy zaczyna się zmieniać: staje się jakby przezroczystawa, błyszcząca, a w dotyku przypomina nieco żel.
To właśnie nazywamy FAZĄ ŻELOWĄ.
Najczęściej zaczyna się ją dostrzegać w środku większej formy, bo właśnie tam ciepło najtrudniej jest uwalniane. Z czasem, gdy masa wokół również się ogrzewa, ta żelowa plamka może rozszerzać się także w kierunku brzegów, aż obejmie całą masę.
Ale to, że mydło przechodzi przez fazę żelową, nie oznacza, że i później będzie wyglądać jak galaretkowaty glut. Gdy masa wystygnie – ponownie staje się nieprzezroczysta i twardnieje.
Czy mydło musi przejść przez fazę żelową?
Nie! Mydło może prawidłowo się zmydlić zarówno wtedy, gdy przejdzie przez fazę żelową, jak i wtedy, gdy do niej nie dojdzie. Faza żelowa nie jest więc kolejnym obowiązkowym etapem, który trzeba „zaliczyć”, żeby otrzymać dobre mydło.
Może jednak wpływać na wygląd gotowego mydła, jego kolor oraz zachowanie niektórych użytych składników. Nie oznacza to, że jeden efekt jest lepszy od drugiego. Czasem właśnie zależy nam na żelu, a czasem robimy wszystko, żeby do niego nie dopuścić.
Od czego zależy, czy mydło wejdzie w fazę żelową?
Najprościej byłoby powiedzieć: od temperatury. Tyle że na temperaturę mydła w formie wpływa jednocześnie kilka rzeczy.
Znaczenie ma temperatura tłuszczów i roztworu ługu w momencie ich łączenia. Im cieplejsza jest masa na starcie, tym łatwiej może osiągnąć temperaturę potrzebną do wejścia w fazę żelową.
Liczy się też ilość wody. Mydła zawierające więcej wody mogą przejść w fazę żelową w niższej temperaturze niż mydła z mocno zredukowaną ilością wody. Dlatego redukcja wody może utrudniać pełne żelowanie.
No i sam skład receptury. Niektóre tłuszcze zmydlają się gwałtowniej niż inne. Do tego niektóre dodatki, szczególnie te zawierające cukry, mogą sprawić, że masa będzie się nagrzewała znacznie mocniej.
Również to, do czego wylejemy masę, nie jest bez znaczenia. Mydło w większej formie łatwiej się nagrzewa i dłużej utrzymuje ciepło niż kostki w małych foremkach.
Oczywiście liczy się też temperatura otoczenia: czy trzymamy je w ciepłym pomieszczeniu, czy chłodniejszym, czy formę otulimy, czy nie…
Czyli na pytanie „czy moje mydło przejdzie przez fazę żelową?” nie ma jednej odpowiedzi wynikającej wyłącznie z temperatury, w której połączyłaś tłuszcze z ługiem.
Czy warto dopuszczać fazę żelową w mydle?
To zależy od tego, co chcesz osiągnąć, jak też od tego, co znajduje się w mydle.
Faza żelowa może wpływać nie tylko na wygląd samej masy, ale również na zachowanie użytych barwników i dodatków. Dlatego czasem będziemy celowo ją wspierać, a innym razem robić wszystko, żeby mydło przez nią nie przeszło.
Jeśli chodzi o pigmenty mineralne i miki – one „lubią” fazę żelową. Ich kolory po przejściu przez nią stają się zazwyczaj bardziej nasycone, wyraziste. Jeśli więc zależy nam właśnie na takim efekcie, żelowanie może działać na naszą korzyść. Choć i tu warto zachować umiar, bo duże ilości dwutlenku tytanu (również tego obecnego w mikach), w połączeniu z warunkami sprzyjającymi fazie żelowej, mogą zwiększać ryzyko powstawania tzw. rzek glicerynowych.
Przy glinkach sytuacja wygląda inaczej. Z moich obserwacji wynika, że one wolą jednak przez fazę żelową nie przechodzić.
W jednym z moich eksperymentów przygotowałam dwa zestawy próbek z glinkami: ta sama receptura, te same glinki i takie same ich ilości. Jedyna różnica? Jeden zestaw przeszedł przez fazę żelową, drugi nie. Efekt końcowy? Ku mojemu zaskoczeniu nie zauważyłam żadnej różnicy w kolorze pomiędzy oboma zestawami. Za to wizualnie zdecydowanie bardziej podobały mi się próbki bez fazy żelowej — były gładsze, bardziej jednolite, po prostu ładniejsze.
Czy oznacza to, że glinki zawsze lepiej wyglądają bez fazy żelowej? Nie. Mój eksperyment nie daje mi podstaw do takiego wniosku. Ale dał mi wystarczający powód, żeby przy mydłach z glinkami nie traktować żelowania jako czegoś, do czego koniecznie warto dążyć.
Jeszcze inaczej zachowują się składniki zawierające cukry, takie jak mleko, miód czy niektóre owoce. Wysoka temperatura sprzyjająca żelowaniu może jednocześnie powodować ich ciemnienie. W efekcie mydło, które miało być jasne i kremowe, może zrobić się beżowe, karmelowe, a czasem nawet brązowe (i w skrajnych przypadkach w bonusie brzydko pachnące 😉). Jeśli zależy Ci na zachowaniu jasnego koloru takiej kostki, możesz więc celowo nie dopuścić do fazy żelowej i chłodzić mydło.
A barwniki roślinne? Tutaj wyjątkowo dobrze pasuje ulubiona odpowiedź: TO ZALEŻY!
W wielu przypadkach żelowanie daje mocniejszy, ciemniejszy kolor, ale nie traktowałabym tego jako zasady dla wszystkich roślin. Roślinne związki barwiące bardzo różnie reagują na wysokie pH i temperaturę. Jeden surowiec po żelowaniu da piękniejszy, głębszy kolor, inny zmieni odcień, zszarzeje albo zachowa się zupełnie inaczej, niż się spodziewasz. A jeszcze inny może niemal zniknąć.
Dlatego pytanie nie brzmi „czy faza żelowa jest dobra”, tylko: „czy faza żelowa pomoże mi uzyskać efekt, którego chcę w tym konkretnym mydle”.
Ale faza żelowa może wiązać się z czymś jeszcze…
Wspierając fazę żelową, można też przesadzić. Jeśli mydło nadmiernie się rozgrzeje, jego powierzchnia może zacząć pękać. W skrajnych przypadkach masa może gwałtownie zwiększyć objętość i wydostać się z formy — tworząc jakby mydlany wulkan. (Sama miałam taką przygodę z mydłem 100% kokosowym. Wątpliwa przyjemność…)
A jeśli nie chcemy fazy żelowej?
Wtedy staramy się nie dopuścić do nadmiernego nagrzania mydła i pomagamy mu pozbywać się ciepła. Można pracować w niższych temperaturach, nie otulać formy, wybrać mniejsze foremki, a w razie potrzeby umieścić świeżo zrobione mydło w chłodnym miejscu. Przy recepturach szczególnie podatnych na przegrzewanie można nawet umieścić formę w lodówce (lub początkowo nawet w zamrażarce).
Trzeba tylko pamiętać, że samo schłodzenie powierzchni nie gwarantuje, że środek dużej formy nie osiągnie temperatury potrzebnej do żelowania. Znów liczy się cały układ: receptura, ilość mydła, forma, temperatura początkowa i warunki, w których mydło stoi.
Czyli najlepiej ani nie dogrzewać, ani nie chłodzić?
Hmm… można i tak, jednak wówczas istnieje „ryzyko”.
Faza żelowa zazwyczaj zaczyna się w środku formy, gdzie ciepło najtrudniej ucieka, i stopniowo przesuwa się w kierunku jej brzegów. Jeśli temperatura zacznie spadać, zanim obejmie całą masę, otrzymamy częściową fazę żelową.
Po przekrojeniu kostki zobaczysz wtedy zwykle ciemniejszy obszar pośrodku i jaśniejszą obwódkę przy brzegach.
I nie, mydło nie jest przez to „zepsute”. Po prostu jedna jego część przeszła przez fazę żelową, a druga nie.
Jeśli zależy Ci na jednolitym wyglądzie, warto więc pójść w jedną albo drugą stronę: stworzyć warunki sprzyjające pełnemu żelowi albo świadomie próbować żelowaniu zapobiec.
No to co lepiej robić, dopuszczać do fazy żelowej, czy nie?
I tu dochodzimy do jedynej uczciwej odpowiedzi, która w świadomym mydlarstwie pojawiać się będzie często: TO ZALEŻY. (Choć domyślam się, że wiele osób przewraca tu oczami…)
Faza żelowa sama w sobie nie jest ani sukcesem, ani błędem. Jest jednym ze zjawisk, którymi możemy nauczyć się świadomie zarządzać.
Dlatego zamiast pytać: „Czy mydło powinno przejść przez fazę żelową?”, warto spytać: „Co chcę uzyskać w tym konkretnym mydle?”
Bo faza żelowa to nie kolejna zasada, której trzeba pilnować. To jeszcze jedno narzędzie, którym możesz wpływać na efekt swojej pracy.

